Bóg, stwarzając człowieka na swój obraz i podobieństwo, od samego początku powołał go do wspólnoty. W Księdze Rodzaju czytamy: „Nie jest dobrze, aby mężczyzna był sam, uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc” (2, 18). Człowiek potrzebuje drugiego człowieka, aby rozwinąć swoje człowieczeństwo, jest zdolny do budowania relacji z innymi. Przede wszystkim „Bóg Stwórca, który objawił się jako Miłość, Trójca, Komunia, powołał człowieka do głębokiej więzi z sobą i do komunii międzyosobowej, to jest do powszechnego braterstwa. Oto najwznioślejsze powołanie człowieka: zjednoczyć się więzią komunii z Bogiem i z innymi ludźmi, swoimi braćmi”[1].

Pierwotny zamysł i plan Boga został naruszony przez grzech, którego konsekwencją jest rozerwanie wszelkich więzi i zniszczenie relacji: między człowiekiem a Bogiem, między mężczyzną a kobietą, między braćmi, między narodami, między ludzkością a stworzeniem oraz wprowadzenie człowieka w doświadczenie samotności. Aby odbudować to, co zniszczył grzech człowieka, Bóg, który jest miłością, posłał na świat swego Jednorodzonego Syna. Jezus Chrystus, stając się Człowiekiem, przez swoje ludzkie życie pokazuje nam jak budować relacje z Bogiem, z innymi, z sobą i z całym stworzeniem. Jezus nie tylko jest wzorem autentycznych więzi, ale On, udzielając Ducha Świętego, uzdalnia człowieka i całe wspólnoty ludzkie do przezwyciężania wszelkiego zła i grzechy, a przede wszystkim wrogości, nienawiści i samotności oraz do budowania komunii, jedności i braterstwa zgodnie z zamysłem Boga. To dzieło dokonało się przez śmierć Jezusa na drzewie krzyża. On bowiem umarł za nasze grzechy i wziął na siebie ich konsekwencje. Będąc opuszczonym  przez najbliższych uczniów i odrzuconym przez Naród Wybrany, w doświadczeniu najgłębszej samotności, nie pozwolił, aby zło Go pokonało, ale siłą miłości i przebaczenia zburzył wszelki mur wrogości (por. Ef 2, 14).

Zamysłem i planem Boga dla człowieka jest wspólnota. Św. Bazyli w Regułach zostawił pouczenie o konieczności i owocach życia we wspólnocie: „Życie wspólne z innymi, którzy zmierzają ku temu samemu celowi, jest pod wieloma względami pożyteczne. Po pierwsze, nikt z nas nie jest samowystarczalny, gdy chodzi o zaspokojenie potrzeb ciała. Dla zdobycia koniecznych nam rzeczy pożądana jest wzajemna pomoc. (…) Także przykazania, w większej ich liczbie, łatwiej jest wypełniać, gdy wielu jest zgromadzonych razem, niż jednemu tylko. (…) We wspólnym życiu dar udzielony jednemu staje się zarazem wspólnym dobrem tych, którzy z nim żyją. (…) Tak więc w życiu wspólnym moc Ducha Świętego udzielona jednemu, siłą rzeczy przechodzi równocześnie na wszystkich. (…) Żyjąc we wspólnocie z innymi, ten ktoś i sam korzysta z własnego daru, i pomnaża go, dzieląc się nim z drugimi, a nadto czerpie korzyść z darów udzielonych innym, jak gdyby były one jego własnymi. (…) Jest bardziej przydatna niż samotność do zachowania dóbr udzielonych nam przez Boga i ustrzeżenia się przed zagrażającymi z zewnątrz podstępami nieprzyjaciela. Możemy mieć pewność, że obudzą nas ci, którzy czuwają, gdy komuś przydarzy się zapaść w sen prowadzący do śmierci. (…) Także dla grzesznika staje się łatwiejszym zerwanie z grzechem, gdy się obawia zgodnego potępienia ze strony wielu braci. (…) Kto zaś czyni dobrze, zostanie w tym utwierdzony poprzez osąd i uznanie, jakie wielu wyrazi dla jego postępowania. (…) A to piękno i ta radość, jaką niesie ze sobą wspólne zamieszkiwanie braci, a które Duch Święty przyrównuje do wybornego olejku wylanego na głowę najwyższego kapłana, jakże może się urzeczywistnić, jeżeli mieszkasz samotnie? A zatem stadionem walki i doskonałą drogą postępu, ustawicznym ćwiczeniem się i rozpamiętywaniem przykazań Pańskich jest wspólne w jednym miejscu zamieszkiwanie braci”[2].

Jezus stylem swojego życia uczy nas, że dla zdrowia życia wspólnotowego potrzebujemy także samotność, która wypełniona jest obecnością Boga. Jezus sam troszczył się o taki czas w swoim życiu. Będąc zaś zmuszonym do doświadczenia samotności przez niezrozumienie, odrzucenie, czy zdradę, nigdy nie poddał się jej negatywnej stronie. Zatem możemy mówić o samotności pozytywnej i koniecznej dla życia duchowego poszczególnych osób oraz życia braterskiego całej wspólnoty, jak również o samotności negatywnej, która prowadzi do zamknięcia się w sobie i zerwania więzi ze wspólnotą.

Przykładem pozytywnie przeżywanej samotności jest między innymi św. Antoni Pustelnik: „Człowiek, który mieszka na pustyni i trwa w skupieniu, wolny jest od potrójnej walki: o słuch, o mowę i o spojrzenie. Musi jedynie walczyć o serce”[3]. Także w Apoftegmatach Ojców Pustyni znajdujemy wskazówkę jak owocnie przeżywać samotność: „Pewien brat pyta Abba Pojmena: „Jak mam mieszkać w celi?” On odpowiedział: „Mieszkać w celi, to znaczy oczywiście pracować ręcznie, jadać raz dziennie, milczeć i rozmyślać. Ale czynić w celi postępy w skrytości, to znaczy: nosić ze sobą świadomość swej winy, dokądkolwiek idziemy, i nie opuszczać godzin psalmodii, ani też cichej modlitwy. A jeśli ci zostanie czas wolny od ręcznej roboty, zajmij się psalmodią i odprawiaj ją spokojnie. A najważniejsze: troszcz się o dobre towarzystwo, a unikaj zła”[4]. Zalecał ją również św. Bazyli: „Dla uniknięcia rozproszenia umysłu pomocne jest także zamieszkanie na osobności. Życie pośród tych, którzy bez skrupułów lekceważą ścisłe zachowywanie przykazań, jest szkodliwe i zgubne. (…) By więc naszych oczu lub uszu nic nie pobudzało do grzeszenia i abyśmy, nie zdając sobie z tego sprawy, nie przyzwyczajali się do grzechu, a ponadto, by nie pozostawały w naszej duszy – na naszą zgubę i zatracenie – jakby formy i obrazy rzeczy widzianych lub słyszanych, a wreszcie, byśmy mogli gorliwie trwać na modlitwie, należy przede wszystkim odejść na miejsce odosobnione”[5].

Nadto w dziele św. Bazylego możemy odnaleźć przestrogę przed samotnością przeżywaną w wymiarze negatywnym: „W życiu oddzielonym całkowicie od innych, nie jest łatwo rozpoznać swój własny grzech, bo nie ma nikogo, kto mógłby udzielić napomnienia oraz łagodnie i ze współczuciem nakłonić do poprawy. (…) Jeżeli żyjemy oddzielnie od siebie, nie jest możliwe współweselić się wraz z tym, komu okazywane jest poszanowanie, ani współcierpieć z tym, kto cierpi, ponieważ nie sposób należycie rozeznać sytuacji bliźniego. (…) Życie samotne, oprócz wymienionych, pociąga za sobą jeszcze inne niebezpieczeństwa. Pierwsze z nich i największe to zadowolenie z siebie. Ponieważ pustelnik nie znajduje nikogo, kto by krytycznie oceniał jego czyny, może łatwo dojść do przekonania, że doszedł już do stanu doskonałości w wypełnianiu przykazań. Ponieważ zasklepił się w swoich zdolnościach, zupełnie ich nie rozwijając, nie może rozpoznać swych wad, ani stwierdzić postępu osiągniętego w swych czynach. Jak okaże pokorę ten, który nie ma nikogo, przed kim mógł się by upokorzyć? Jak okaże miłosierdzie, skoro jest odcięty od wspólnoty z innymi? Jak będzie się ćwiczyć w cierpliwości, jeżeli nikt nie sprzeciwi się jego woli? (…) A ty komu umyjesz nogi, komu usłużysz, w stosunku do kogo będziesz ostatni, jeżeli żyjesz sam dla siebie?”[6].

Aby negatywne doświadczenie samotności nie stało się smutnym i przygnębiającym faktem, najpierw ukażemy samotność Jezusa i Jego uczniów w pozytywnym wymiarze, a na koniec drogę wyjścia dla tych, którzy czują się osamotnieni, co daje trwałą nadzieję na przezwyciężenie tego stanu i zmianę życia.

1. Samotność w życiu Jezusa Chrystusa i we wspólnocie uczniów

Ewangelie ukazują nam Jezusa Chrystusa jako Człowieka, który zarówno żył we wspólnocie, jak i podejmował życie samotne. Między jedną a drugą rzeczywistością Jego życia nie było rozdźwięku, ale istniała harmonia i porządek. Jezus przyszedł na świat w rodzinie ludzkiej Maryi i Józefa. On sam był jej wyjątkowym członkiem. Rodzina Maryi, Józefa i Jezusa była rodziną konkretnego narodu. Jezus rozwijał się także w środowisku społecznym narodu Izraelskiego oraz w jego wierze i religii. Są to trzy wymiary bardzo potrzebne także i dziś do rozwoju każdego człowieka. Nie można być od nich odizolowanym.

Ale już w dwunastym roku życia sam pozostał w Jerozolimie. Oddalił się od swojej rodziny, aby być w sprawach swego Ojca. Jezus odkrywa, że Jego Ojcem jest Bóg (por. Łk 2, 41-50)[7]. Jednak po tym doświadczeniu ewangelista podkreślił, że Jezus w posłuszeństwie wrócił ze swoją rodziną do Nazaretu. Jego pierwsza wspólnota była dla Niego miejscem wzrostu w mądrości, dojrzałości oraz łasce u Boga i ludzi (por. Łk 2, 51-52).

Jako dorosły Człowiek, Jezus wybrał uczniów, wszedł z nimi w relacje przyjaźni  i tworzył razem z nimi wspólnotę[8]. Wybrał tych, którzy stają bliżej Niego. Jezus nie chciał przeżyć swego życia jako samotnik, ale pragnął mieć blisko siebie osoby, które zgromadził jako swoich uczniów[9]. Ewangelista Marek zanotował w jakim celu zostali powołani: „I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki, i by mieli władzę wypędzać złe duchy” (Mk 3, 14-15). Właśnie pierwszym zadaniem powołanego jest po prostu być z Jezusem, by stać się jak Jezus.

Jezus powołał uczniów, których uformował na apostołów, zdolnych następnie kontynuować Jego misję. Proces formacyjny dokonywał się we wspólnocie. Jezus poświęcał swój czas i spędzał go z uczniami, na osobności tłumaczył im niektóre prawdy, pozwalał im być świadkami cudów, wprowadzał ich w tajemnicę swej męki, śmierci i zmartwychwstania. Do tej szczególnej wspólnoty można zaliczyć Dwunastu. Jednak wokół Jezusa była także grupa siedemdziesięciu dwóch uczniów, których posyłał na ewangelizację oraz tłum, który szedł za Nim, aby słychać Słowa i doświadczyć uzdrowienia.

Będąc niemal wciąż z ludźmi i dla ludzi, Jezus jednak szukał okazji i wykorzystywał je, aby być sam na sam z Bogiem. Jezus potrzebował ciszy i samotności, ale nigdy nie była to ucieczka od ludzi, ale potrzeba i pragnienie spotkania z Ojcem. W Ewangeliach odnajdujemy wiele opisanych sytuacji, w których Jezus podejmował życie samotne. Często momenty odosobnienia związane były z modlitwą[10]. Osobista modlitwa Jezusa[11] potwierdza Jego więź z Ojcem i jest wyrazem Jego synostwa Bożego. W „programie” dnia Jezusa było miejsce na samotność i modlitwę[12]. Ewangelista Marek zanotował: „Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne i tam się modlił” (1, 35). Jednak odnaleziony przez uczniów, wraz z nimi idzie do sąsiednich miejscowości, aby głosić Dobrą Nowinę (por. 1, 36-39). Jezus umiał pogodzić ze sobą czas samotności i modlitwy z służbą innym. Ciekawa jest tu wypowiedź uczniów: „Wszyscy Cię szukają” (1, 37). Ludzie szukają człowieka autentycznej samotności i modlitwy. Jezus jawił się jako Mistrz i Nauczyciel takiego stylu życia. Innym razem Jezus przerwał swą samotność i modlitwę, aby odpowiedzieć na potrzebę uczniów i nauczyć ich wołać do Boga „Ojcze nasz” (Łk 11, 1-4). Widział także uczniów, którzy trudzili się wiosłowaniem, bo wiatr był przeciwny, przerwał modlitwę i poszedł do nich krocząc po jeziorze (por. Mk 6, 45-48).

Samotność była także dla Jezusa schronieniem (por. Łk 5, 16). Po uzdrowieniu trędowatego, którego dotknął, udał się na pustynię z dala od innych ludzi. Chrystus nie tylko dotykając człowieka chorego na trąd sam stał się nieczysty, ale jeszcze zajął jego miejsce i przyjął jego los, jako człowieka odizolowanego od społeczeństwa (por. Kpł 13 –14)[13]. Innym razem, aby uchronić się przed ludźmi, którzy chcieli obwołać Go królem, sam udał się na górę (por. J 6, 15).

Od początku w budowaniu wspólnoty z uczniami i realizowaniu misji Jezusowi towarzyszyła samotność i modlitwa[14]. Zanim wybrał Dwunastu na Apostołów, poszedł sam na górę, aby się modlić (por. Łk 6, 12). Podczas modlitwy na osobności zwrócił się właśnie do uczniów z pytaniem, za kogo ludzie go uważają. Zatem mesjańskie wyznanie Piotra poprzedziła modlitwa Chrystusa (por. Łk 9, 18). Uczył swych uczniów modlitwy oraz wprowadzał ich w doświadczenie samotności i spotkania z Bogiem zabierając trzech wybranych na Górę Tabor (por. Łk 11, 1; Mt 17, 1). W ogrodzie Getsemani sam trwając w samotności i modlitwie przed Ojcem, prosił uczniów, aby czuwali i modlili się (por. Mk 14, 32-42).

Analizując publiczne życie Jezusa, można zauważyć, że szukał On samotności[15]. Po przyjęciu chrztu, pod wpływem Ducha Świętego, udał się na pustynię, gdzie przez 40 dni modlił się i pościł. Ta potrzeba z upływem czasu wzrastała. Wskazują na to słowa Mateusza, który zapisał, że Jezus przynaglił uczniów, aby odpłynęli, a sam jeden poszedł na górę, aby się modlić (por. Mt 14, 22). Jezus odczuwał pragnienie i pilną potrzebę ciszy i samotności. Aby spotkać się z Ojcem, rozmawiać z Nim swobodnie i w zażyłości, Jezus wybierał zupełną samotność. Do takiej postawy zachęcał także swoich uczniów: „Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu” (Mt 6, 6). Taki styl życia stał się antidotum na modlitwę faryzeuszy, którzy pragnęli być widziani przez innych i chwaleni[16]. Więcej, samotność i modlitwa Jezusa były ściśle związane z Jego tożsamością i z niej wypływały. Można powiedzieć, że cechy Jego Osoby stały się cechami modlitwy. Modlitwa Jezusa objawiała kim On jest. Szczególnie jest to widoczne w Ogrójcu, gdy Jezus wołał do Boga „Abba, Ojcze” (por. Mk 14, 36) i całkowicie zgadzał się z Jego wolą. Postawa synostwa i poddania się Ojcu to dwa oblicza modlitwy i życia Jezusa[17].

Jednak w życiu Jezusa były także momenty, kiedy przeżywał samotność jako odrzucenie, zdradę, izolację. Jak ukażemy to poniżej, nigdy podobne doświadczenia nie stały się dla Niego okazją do zamknięcia się w sobie i ucieczki od wspólnoty, od drugiego człowiek. Dzieje się wręcz przeciwnie. Jezus każde wydarzenie, nawet trudne i bolesne, potrafił przemienić i wykorzystać dla dobra innych oraz budowania wspólnoty i komunii. Co więcej, Jezus był świadomy, że zostanie odrzucony nie tylko przez Naród Wybrany, ale także przez najbliższych uczniów. Mówił wprost, że zostanie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie (por. Mk 8, 31) oraz, że „musi wiele wycierpieć i być odrzuconym przez to pokolenie (Łk 17, 25). Gdy wielu uczniów się wycofało, Jezus zapytał Apostołów: „Czy i wy chcecie odejść?” (J 6, 67). Jednak towarzyszyło Mu jeszcze silniejsze przekonanie o ciągłej bliskości i obecności Boga Ojca, które wypowiedział do swoich uczniów: „Oto nadchodzi godzina, a nawet już nadeszła, że się rozproszycie – każdy w swoją stronę, a Mnie zostawicie samego. Ale Ja nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną” (J 16, 32). W Ogrójcu wypełniły się te słowa. Ewangelista Marek zapisał: „Wtedy opuścili Go wszyscy i uciekli” (14, 50).

Zanim doszło do opuszczenia Go przez uczniów w godzinie męki i śmierci krzyżowej, Jezus już wcześniej doświadczył z ich strony niezrozumienia i w pewnym sensie osamotnienia. Trzy razy zapowiadał im swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Jednak uczniowie nie przyjęli Jego słowa, nawet próbowali wykorzystać je do walki o własną pozycję we wspólnocie (por. Mk 9,30-37)[18]. W doświadczenie osamotnienia Syna Bożego wpisuje się także zaparcie się Piotra – pierwszego spośród Apostołów (por. Mk 14, 66-72) oraz zdrada Judasza, który opuszczając Jezusa, opuścił również wspólnotę (por. J 13, 30).

Największej egzystencjalnej samotności Zbawiciel doświadczył na krzyżu. W życiu Jezusa wypełniło się proroctwo z Czwartej Pieśni Sługi Jahwe: „Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mięliśmy Go za nic” (Iz 53, 3). To odrzucenie podkreśla także fakt, że Jezus został ukrzyżowany poza miastem (por. Hbr 13, 12-13). Według ewangelisty Mateusza i Marka jedynym i ostatnim zdaniem wypowiedziane przez Jezusa przed śmiercią było słowo z Ps 22: „Eloi, Eloi, lama sabachtani, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” (Mk 15, 34; Mt 27, 46). „Umiłowany Syn Ojca dogłębnie odczuwa milczenie i opuszczenie przez Boga, ponieważ On nie tylko obciążył się naszym grzechem, ale wręcz się z nim utożsamił. To za nas, zajmując nasze miejsce, Jezus z miłości bierze na siebie grzech i jego największą konsekwencję – na sobie samym doświadcza opuszczenia przez Boga, aby nam pokazać, że jesteśmy tak cenni, jak Jego własne życie”[19].

Słowa te były modlitwą Jezusa skierowaną do Ojca. Mimo doświadczenia opuszczenia przez wszystkich, Jezus zachował w sercu pełną ufność Syna wobec Ojca. Egzegeci podkreślają fakt, że choć Jezus na krzyżu cytuje jedynie pierwszą część Psalmu 22, to jednak kończy się on okrzykiem ufności do Boga, którą zachował On w sobie do końca. Także to doświadczenie Jezusa jest dla dobra innych. Choć tak dramatyczne słowa, ale skierowane do Ojca, zostały właściwie zrozumiane przez obecnego pod krzyżem setnika i zaowocowały w nim wyznaniem wiary: „Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym” (Mk 15, 39)[20]. Była to modlitwa Syna, poprzez którą wyrażał całkowite ogołocenie siebie jako wyraz miłości wobec innych oraz całkowite wyrzeczenie się siebie wobec Ojca jako wyraz synostwa Bożego. „Przeżywając to opuszczenie, całkowicie połączone z powierzeniem siebie Bogu, jest On całkowicie Synem, Synem Boga i niczym innym. Sam z siebie nie posiada niczego, lecz wszystko otrzymuje od Ojca”[21].

Podczas swej męki na krzyżu, doświadczając opuszczenia, Jezus zachował ufność wobec Ojca i miłość wobec ludzi. Samotność nie zamknęła Go w sobie. Nawet w tak dramatycznym doświadczeniu był otwarty na innych ludzi. Odrzucony i opuszczony, nikogo nie odrzuca i nie opuszcza. „Wszystkie okoliczności Jego śmierci mówią o spokoju i miłości. Czy mógłby prosić Ojca o przebaczenie dla swych nieprzyjaciół, gdyby był popadł w mroczną rozpacz? Czy mógłby wówczas myśleć o tym, by powierzyć swoją Matkę Janowi i dać ją jako Matkę swojemu Kościołowi? Czy mógłby powiedzieć ze spokojną pewnością skruszonemu łotrowi: Dziś ze Mną będziesz w raju” (Łk 23, 43)?”[22].

Samotność była wpisana w życie Jezusa i jest wpisane w życie Jego uczniów każdego pokolenia. Uczeń Jezusa bowiem idzie tą samą drogą, co jego Mistrz. Uczniowie towarzysząc Jezusowi, mogli uczestniczyć w Jego samotności, na osobności zadawać Mu pytania i słuchać Jego słowa, jak również być świadkiem wyjątkowych wydarzeń (np. wskrzeszenie córki Jaira, przemienienie na górze Tabor). Sam Jezus troszczył się i zabiegał o czas samotności dla swojej wspólnoty. Po pierwszej posłudze ewangelizacyjnej, Jezus wziął ze sobą Dwunastu i udał się osobno w okolice Betsaidy (por. Łk 9, 10). W paralelnym tekście św. Marek zapisał takie słowa Jezusa skierowane do uczniów: „Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco” (6, 31). Doświadczenie pustyni i samotności w tym wypadku nie tylko jawi się jako konieczność dla odzyskania sił fizycznych po posłudze apostolskiej, ale staje się przestrzenią do spotkania z Bogiem i stanięcia przed Nim jako sługa nieużyteczny, który wykonał to, co powinien wykonać (por. Łk 17, 10), pamiętając, że jedynie Bóg daje wzrost (por. 1 Kor 3, 6).

Jezus wielokrotnie zapowiadał uczniom, że będą prześladowani ze względu na Jego imię, doświadczą odrzucenia i niezrozumienia nawet ze strony najbliższych, co w konsekwencji, podobnie jak w życiu Chrystusa, przyniesie doświadczenie samotności (por. Mt 24, 9-14; Mk 13, 9-13; Łk 21, 12-19). Nie zawsze słowa Mistrza były właściwie zrozumiane i przyjęte, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że w obliczu męki i śmierci krzyżowej, opuścili Go i pozostawili samego. Ostatecznie jednak samotność Jezusa głęboko zapadła w sercach uczniów. Nawet św. Paweł, który osobiście nie spotkał Jezusa, odwoływał się do tej postawy i przeżywał ją jak jego Pan. Dla zgłębienia doświadczenia pod Damaszkiem, Apostoł udał się do Arabii (por. Ga 1, 17). Był to jego czas pustyni, ciszy, samotności i milczenia. Przez kontakt ze wspólnotami chrześcijańskimi, właśnie w takiej atmosferze, mógł zostać wprowadzony w tajemnice wiary[23]. W liście do Koryntian zaś napisał o swoim doświadczeniu samotności płynącym z prześladowań, które go spotkały: „Zewsząd znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu; żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy; znosimy prześladowania, lecz nie czujemy się osamotnieni, obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy. Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele” (2 Kor 4, 8-10).

Wymowny tekst znajdujemy w 2 Tm 4, 9-18. Paweł u schyłku swego życia, będąc w więzieniu w Rzymie czuje się opuszczony i doświadcza samotności. Apostoł napisał wprost: „W pierwszej mojej obronie nikt przy mnie nie stanął, ale mię wszyscy opuścili” (2 Tm 4, 16). W tym trudnym doświadczeniu odkrył jednak wierną obecność Pana: „Natomiast Pan stanął przy mnie i wzmocnił mię, żeby się przeze mnie dopełniło głoszenie [Ewangelii] i żeby wszystkie narody [je] posłyszały” (4, 17). Postępowanie Jezusa różni się od postępowania ludzi[24]. Jezus bowiem jest wierny swemu słowu, które pozostawił swoim uczniom i całemu Kościołowi: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28, 20). Jak Jezus miał pewność stałej obecności Ojca w swoim ziemskim życiu, tak Jego uczeń może mieć pewność stałej obecności Jezusa w jego życiu. W doświadczeniu samotności może powiedzieć za Jezusem: „nie jestem sam” (por. J 16, 32).

W pamięci i sercach uczniów na zawsze wyrył się styl życia Chrystusa, który potrafił połączyć życie braterskie we wspólnocie i służbę ludziom z samotnością i modlitwą. Na trwałe określił styl życia wszystkich naśladowców Jezusa w kolejnych pokoleniach, którzy, aby odtworzyć drogę Pana, podejmowali życie jako pustelnicy, anachoreci czy cenobici. Wybierając samotność nigdy nie czynili tego dla niej samej, ale ze względu na innych, dla budowania koinonii. Samotność stawała się dla nich doskonałym środkiem, aby dojść do jak największej jedności z Bogiem oraz z braćmi i siostrami we wspólnocie braterskiej[25]. Ewagriusz z Pontu w następujący sposób określił kim jest mnich: „Mnichem jest ten, kto od wszystkich jest oddzielony i zarazem z wszystkimi złączony”[26]. Warto także w tym miejscu przytoczyć świadectwo o świętym Antonim Pustelniku: „Wykorzystywał swe podwójne „mieszkanie”: „pustynię wewnętrzną”, gdzie rozkoszował się samotnością, walczył z demonami i dokąd wrócił, aby tam umrzeć, oraz swoją „rozmównicę” w Pispir, gdzie schodził, by spotkać się z odwiedzającymi i leczyć chorych, co pięć, dziesięć lub dwadzieścia dni”[27].

2. Negatywna doświadczenie samotności – zamknięcie się w sobie

Jezus Chrystus przez swoje ludzkie życie, śmierć i zmartwychwstanie stał się wzorem i źródłem życia braterskiego we wspólnocie, w jedności i komunii. Z powołanych uczniów stworzył wspólnotę przyjaciół, której pozostawił nowe przykazanie, aby miłowali się wzajemnie jak On ich umiłował. Jezus umiłował nas aż do ofiary z własnego życia. Dlatego „nasze życie jest uczestnictwem w miłości Chrystusa, w Jego miłości do Ojca i braci, w miłości, która zapomina o sobie”[28]. Aby zbudować trwałe relacje przyjaźni i miłości we wspólnocie, potrzeba, jak uczy tego Jezus, zachować równowagę między życiem braterskim a samotnością. Samotność przeżywana w sposób dojrzały i odpowiedzialny przynosi owoc nie tylko poszczególnym osobom, ale całej wspólnocie.

Jednak „wszystko to nie odpowiada naturze „starego człowieka”, który pragnie wspólnoty i jedności, ale nie zamierza i nie ma ochoty zapłacić za nie ceny osobistego wysiłku i poświęcenia. Droga prowadząca od starego człowieka, który skłonny jest zamykać się w sobie, do człowieka nowego, który oddaje się innym, jest często długa i uciążliwa”[29].

Niestety, zdarza się, że zakonnicy żyjąc we wspólnocie z braćmi czy siostrami, doświadczają samotności w jej negatywnym wymiarze. Staje się ona doświadczeniem niechcianym, które może prowadzić właśnie do zamykania się w sobie, ucieczki od wspólnoty, a nawet odejścia. Mówiąc o problemie samotności, należy łączyć go z tożsamością i dojrzałością uczuciową, która zawiera w sobie rozwiązanie kryzysu bliskości i czystości. Dlatego negatywny wymiar samotności występuje na tle emocjonalnym i objawia się przez odosobnienie, izolację i brak partycypacji w życiu drugiego człowieka[30].

Samotność psychologiczna i emocjonalna jest dziś zagrożeniem dla nieautentycznych wspólnot zakonnych. Mimo, że chrześcijanin nigdy nie ma do czynienia z samotnością teologiczną, to jednak brak życzliwych relacji z innymi i wsparcia może mieć wpływ na relację z Bogiem[31]. „Samotność jest bezpośrednim zamachem na rozwój człowieka. Aby człowiek mógł się rozwijać jako osoba, potrzebuje relacji afektywnych z innymi. Przy czym nie chodzi tutaj o samotność przestrzenną, ale psychologiczną, która stanowi najuboższy stan w życiu człowieka. Nikt nie może rozwijać się właściwie w izolacji. Stąd zadaniem wspólnoty jest wyzwolić człowieka z samotności i uzdolnić go do relacji międzyludzkich”[32].

Człowiek bowiem czuje się samotny, gdy nie ma relacji z innymi. Przez izolację i odrzucenie może zostać ich pozbawiony. Jak w życiu Jezusa, tak i w życiu osoby konsekrowanej, doświadczenie samotności może płynąć z braku zrozumienia we wspólnie, odrzucenia, izolacji czy właśnie z niewłaściwych relacji, albo ich braku. Ale bywa i tak, że sam zakonnik może zerwać relacje z innymi. Nie możemy zapomnieć, że najgłębsza samotność płynie z braku relacji z Bogiem i z często daremnej próby wypełnienia wewnętrznej pustki, która rodzi się przez ten brak. Dlatego mając na uwadze sposób w jaki Jezus przeżywał samotność, chcemy ukazać jej negatywne oblicze, które zawsze sprzeciwia się planowi Boga, może mieć różne przyczyny oraz może prowadzić do definitywnego zerwania ze wspólnotą.

Każdy życzyłby sobie żyć w zdrowej wspólnocie, czyli wspólnocie dojrzałej i normalnej. Jednak zdarza się, że dana wspólnota jest wspólnotą chorą. Za J. W. Gogolą chcemy wskazać pewne kryteria oceny zdrowia i choroby, dojrzałości i niedojrzałości wspólnoty, którymi są: dialog, decyzja, działanie[33]. Ich złe przeżywanie czy brak może stać się przyczyną negatywnego doświadczenia samotności poszczególnych członków wspólnoty. Zdrowa wspólnota potrafi prowadzić dialog, a zakonnicy mogą szczerze i bez udawania wypowiadać swoje opinie i wyrażać swe uczucia. „W chorej wspólnocie tylko niektórzy spontanicznie wyrażają swoje opinie, z trudem wyrażają swoje uczucia, a już w ogóle nie mówią o swoich planach i zamiarach. Dlatego w chorej wspólnocie bardzo łatwo powstaje mowa obłudna, nieszczera, a autentyczne słowo jest zabijane”[34]. Także w takiej wspólnocie osoby nie potrafią słuchać się wzajemnie. Dialog jest tu tylko pozorny i często przemienia się w atak – obronę, a podejmowana refleksja, zamiast dotykać problemów istotnych, życiowych, skupia się na rzeczach drugorzędnych, na banałach[35].

Dokumenty Kościoła wskazują wyraźnie na konsekwencje braku dialogu we wspólnocie: „Gdy brakuje dialogu i wsłuchiwania się w głos innych, powstaje zagrożenie, że poszczególni członkowie wspólnoty będą żyć jakby obok siebie i niezależnie od siebie, co jest bardzo odległe od ideału braterstwa”[36]. „W wielu regionach odczuwa się wzmożoną potrzebę komunikacji między członkami tej samej wspólnoty zakonnej. Brak i ubóstwo takiej komunikacji zazwyczaj osłabiają więzi braterstwa, ponieważ nieznajomość doświadczeń innych rodzi wyobcowanie i anonimowość, a nawet stwarza sytuacje głębokiej izolacji i samotności. W niektórych wspólnotach krytykowany jest niedostateczny poziom podstawowej wymiany dóbr duchowych; rozmawia się o tematach i problemach marginalnych, ale rzadko przekazuje się to, co jest istotne i zasadnicze w życiu konsekrowanym. Konsekwencje tego stanu rzeczy mogą być bolesne, ponieważ doświadczenia duchowe nabierają w sposób niedostrzegalny znamion indywidualistycznych. Rodzi to mentalność, która skłania do kierowania się tylko własną opinią, a także niewrażliwość na innych i prowadzi z czasem do poszukiwania głębszych relacji poza wspólnotą”[37].

Drugim kryterium świadczącym o zdrowiu czy chorobie wspólnoty jest decyzja. Przy jej podejmowaniu w chorej wspólnocie zamiast kierować się obiektywizmem, jej członkowie ulegają subiektywizmowi i emocjom oraz są pod wpływem nieodpowiednich osób, które odciągają ją od wierności. Brakuje także woli postępu przez konformizm, rutynę, bezczynność czy krótkowzroczność[38]. W trzecim zaś kryterium jakim jest działanie, należy wziąć pod uwagę kreatywność i szacunek do osób. W chorej wspólnocie twórczość została zdominowana przez stagnację i brak nowych inicjatyw. Brakuje w niej zrozumienia, życzliwości i wzajemnego szacunku, które pomagają osobom zaangażować się w ich życie i przedsięwzięcia. Zamkniecie się w sobie prowadzi do uśmiercenia. Taka wspólnota bardziej jest grupą osób, które żyją obok siebie, ale nie mają jednego ducha.

W chorej wspólnocie brakuje także zrozumienia, wsparcia czy upomnienia braterskiego wobec osoby, która zbłądziła. Raczej jest dyskwalifikacja, albo szukanie kozła ofiarnego[39]. Jeśli ktoś zdrowo myślący i pragnący zdrowej wspólnoty, trafi do takiego środowiska, to nie ma się co dziwić, że pragnąc dochować wierności, jest skazany na samotność. Warto sobie uświadomić, że „jakość życia braterskiego wpływa decydująco na wytrwanie w powołaniu poszczególnych zakonników. Podobnie jak mierna jakość życia braterskiego była często podawana jako powód licznych odejść, tak też prawdziwie przeżywane braterstwo pomagało i wciąż pomaga wytrwać”[40].

Zdarza się i tak, że doświadczenie samotności we wspólnocie towarzyszy osobie pełniącej posługę władzy: „Cicha, wewnętrzna udręka towarzysząca wierności własnej funkcji, naznaczona niekiedy osamotnieniem i niezrozumieniem ze strony tych, dla których się poświęca, staje się drogą uświęcenia osobistego i pośrednikiem zbawienia dla wszystkich, z powodu których się cierpi”[41].

Inną przyczyną doświadczenia samotności i niezrozumienia we wspólnocie może być starość czy choroba[42]. Pojawia się ono w obliczu kryzysu użyteczności, co może rodzić frustracje. Kryzys dotyka szczególnie te osoby, które uważały, że pracą i skutecznością działania mogą zarobić na akceptację i życzliwość innych. Teraz nie mogą już udowodnić swej użyteczności dla wspólnoty. Biblijnym przykładem może być teściowa Piotra, która na skutek choroby stała się całkowicie nieużyteczna (por. Mk 1, 29-31). Podkreśla to fakt, że po uzdrowieniu jej przez Jezusa od razu zaczyna służyć, co należało do jej codziennych obowiązków. Także osoba starsza czy dotknięta chorobą staje się nieobecna dla tego, co się dzieje, ponieważ bardziej jest zwrócona ku temu, co przeminęło. Tzw. tęskniąca samotność rodzi się wtedy, gdy człowiek bardziej tęskni za przeszłością niż przyszłością, bojąc się tego co jest i będzie, a szukając schronienia w tym, co minęło[43].

Samotność w doświadczeniu starości czy choroby nasila się tym bardziej, im bardziej uświadamiamy sobie, że życie jest relacją z Bogiem i z innymi ludźmi: starość i choroba jest zamachem na pełnię życia nie tylko z powodu ograniczenia i pozbawienia nas sił fizycznych, ale również z powodu zagrożenia i zniszczenia całej sfery relacji. Wtedy samotność rodzi się z powodu unikania, trzymania się z daleka, oddalenia, poczucia obcości. Taki stan może się utrwalać, jeśli człowiek przeżywa trudność w kontakcie ze światem, z innymi, w doświadczeniu przemijania, starości i choroby[44].

W Piśmie Świętym, które zawsze ujmuje chorobę w świetle wiary, odkrywamy również napięcia i konflikty jakie choroba może spowodować między człowiekiem chorym i jego bliskimi, rodziną. Wymowny przykład odnajdujemy w Księdze Hioba, gdzie żona dotkniętego chorobą i nieszczęściem Hioba, nie potrafi mu współczuć i go zrozumieć: „Rzekła mu żona: «Jeszcze trwasz mocno w swej prawości? Złorzecz Bogu i umieraj!»” (2, 9-10). Podkreśla również fakt, że pewne choroby wykluczają, izolują czy wręcz marginalizują ludzi z ich środowiska rodzinnego, społecznego, wspólnotowego – zmuszając chorego do życia poza społecznością (np. spotkanie Jezusa z trędowatym)[45].

Chcemy teraz ukazać drugie oblicze samotności jako konsekwencję życia anty-wspólnotowego i anty-braterskiego. Staje się wtedy wyborem osoby konsekrowanej, która zrywa relacje z innymi. Taka samotność jest niebezpieczna, ponieważ gdy natrafi na słabość i ospałość, może doprowadzić do trwałego stanu zniechęcenia, znużenia, obojętności, lenistwa duchowego, który ojcowie pustyni nazywają acedią[46]. Historiozbawcze spojrzenie za główny powód samotności wini grzech. Według M. Zawady jest on najtragiczniejszą formą duchowego osamotnienia, ponieważ człowiek wybierając drogę grzechu niszczy więź z Bogiem, wspólnotą, Kościołem, z sobą samym, z własną głębią i wchodzi w doświadczenie duchowej śmierci (por. Rz 6, 23), alienacji, niszczenia samego siebie (samobójstwo duchowe). Taki stan wynika z zaślepienia oraz nienawiści i braku pojednania, co więcej z chciwości (por. 2 P 2, 14), która może stać się ucieczką w samotność[47].

Tym, co buduje wspólnotę i wzajemne więzi jest dzielenie się tym, kim jestem i tym, co mam: „Ubóstwo: dzielenie się dobrami – także duchowymi – było od początku podstawą wspólnoty braterskiej”[48]. Gdy człowiek nie chce się dzielić, pozostawia w sobie pewne rezerwy, stwarza bariery i buduje mury, zamyka się na innych i zamyka się w sobie, co w konsekwencji prowadzi do izolacji  i samotności. Biblijnym przykładem takiej postawy jest Ananiasz i Safira, którzy zachowali tylko dla siebie część ze sprzedaży majątku (por. Dz 5, 1-11). Brak uczciwości i przejrzystości przed wspólnotą doprowadził ich do głębokiej izolacji, a w konsekwencji do śmierci. Człowiek, który nie chce się dzielić, odchodzi od Jezusa smutny (por. Łk 18, 18-23).

Taką rezerwą może być indywidualizm, którego źródłem jest egoizm i pycha. Szukając egoistycznej złotej samotni i zbyt łatwego życia, człowiek wyobcowuje się spośród bliźnich[49]. Egoizm jest pewnym rodzajem nieuczestniczenia, gdzie człowiek nie potrzebuje nikogo, gardzi innymi i nie dopuszcza ich do siebie. Pycha zaś wypływa z postawy samostanowienia i niezależności oraz pragnieniem, aby nie podlegać uwarunkowaniom. Osoba popada w samotność, ponieważ każdy inny jawi się jako zagrożenie i intruz, który narusza naszą niezależność[50]. Indywidualizm wtedy przybiera różne formy, „jak potrzeba eksponowania własnej osoby, przesadne zabieganie o komfort fizyczny, psychiczny i zawodowy, preferowanie pracy na własny rachunek, dającej wysoki prestiż i nie anonimowej, przyznawanie absolutnego pierwszeństwa własnym aspiracjom i wyborom, bez jakichkolwiek odniesień do innych ludzi i do wspólnoty”[51].

Indywidualizm utrudnia zrozumienie czym jest wspólnota, uniemożliwia jej budowanie, a nawet ją niszczy[52]. W innym punkcie Instrukcji czytamy: „Trzeba też nieustannie przypominać, że osobista realizacja zakonników i zakonnic dokonuje się we wspólnocie. Kto zatem próbuje prowadzić życie niezależne, z dala od wspólnoty, z pewnością nie wszedł jeszcze na drogę doskonałości, odpowiednią dla swojego stanu. Podczas gdy w społeczeństwie zachodnim znajduje uznanie człowiek niezależny, zdolny sam osiągać swoje cele, a więc pewny siebie indywidualista, Ewangelia potrzebuje ludzi, którzy niczym ziarno potrafią umrzeć dla siebie samych, aby mogło się odrodzić życie braterskie. W ten sposób wspólnota staje się schola amoris („szkołą miłości”) dla młodych i dla starszych. Szkołą, która uczy kochać Boga, kochać braci i siostry żyjących obok nas, kochać ludzkość potrzebującą Bożego miłosierdzia i braterskiej solidarności”[53].

Indywidualizm może rodzić zazdrość i niezdrowe ambicje. „Zazdrośnik musi wiedzieć, że gdy tylko inni zdadzą sobie sprawę z jego uczucia, porzucą go, zostawią samego, ponieważ jest on w ich oczach nie do zniesienia”[54]. Ambicje zaś każą być więcej niż inni. Zdarza się, że członek wspólnoty, mając zbyt wysokie mniemanie o sobie, pragnie zająć jakieś wyjątkowe miejsce, pełnić wyjątkową funkcję we wspólnocie. To miejsce czy ta funkcja sprawi, że będzie stał wyżej od innych, będzie „kimś” we wspólnocie. Motywacje działania takiej osoby już nie są przejrzyste i stają się pewnym rodzajem rezerwy. W Piśmie świętym odnajdujemy sytuację, kiedy Jakub i Jan proszą Jezusa o pierwsze miejsca w Jego chwale (por. Mk 10, 35-41). Czynią to z pominięciem innych, co wywołuje wielkie oburzenie i zazdrość w całej wspólnocie. Być może inni też o tym marzyli, ale nie mieli odwagi tego wyrazić. W tekście paralelnym to matka tych dwóch braci przychodzi do Jezusa, aby prosić za swoich synów (por. Mt 20, 20-23). Czyżby nie mieli odwagi sami tego uczynić? A może wpływ rodziców i źle ustawione relacje z nimi rodzą takie postawy?

Cała ta sytuacja ma miejsce po trzeciej zapowiedzi męki Syna Bożego. Jezus jest całkowicie niezrozumiany. Aby naprowadzić uczniów na właściwe relacje we wspólnocie, poucza ich, żeby ten, kto ma pragnienie wielkości, stał się sługą wszystkich, a ten, kto chce być pierwszym, niewolnikiem (por. Mk 10, 43-44). To jest droga, która chroni przed samotnością.

Niepokonany indywidualizm i ambicje mogą w konsekwencji prowadzić do zaparcia się Jezusa i przynależności do wspólnoty. Życie Piotra przestrzega nas przed takimi konsekwencjami. Apostoł przechodzi pewną drogę: podczas Ostatniej Wieczerzy zaprzecza słowom Jezusa, który mówi o opuszczeniu przez swych uczniów oraz zapewnia, że on nigdy w Niego nie zwątpi (por. Mt 26, 33), w Ogrójcu nie potrafi czuwać przy Jezusie, co Pan mu wypomina (por. Mt 26, 40) i w końcu mówi: „Nie znam tego człowieka” (Mt 26, 72). Piotr zostaje rozpoznany. Jednak przez zaprzeczenie wchodzi w kryzys własnej tożsamości. Zapierając się Jezusa, zapiera się prawdy o sobie, o tym, kim jest. Bywa, że niewłaściwą postawą zakonnik przeczy swojej przynależności do Jezusa i wspólnoty. Kryzys tożsamości nie dotyczy rzeczywistości jako takiej, ale postawy osoby[55]. Polega on „na rozdźwięku pomiędzy idealnym a rzeczywistym obrazem siebie. Ten brak autentyzmu leży u podstaw wszelkich zniechęceń i niezadowolenia. Kryzys może przybrać dwie skrajne formy: ucieczki w samotność albo ucieczki w aktywizm. Jeżeli dojdzie do tego poszukiwanie jakiś negatywnych rekompensat, kryzys może przybrać niepokojące formy, a wyjście z niego może być bardzo utrudnione”[56]. Po tej wielkiej próbie Piotr powrócił do Chrystusa. Podobnie w życiu osoby konsekrowanej kryzys może przyczynić się do rozwoju ludzkiego i duchowego, ponieważ ten, kto straci swe życie dla Chrystusa i Ewangelii, ten je zyska.

O wiele tragiczniejszą w skutkach jest zdrada (por. Mt 26,14-16). Może do niej dojść, gdy człowiek nie przejdzie z wiarą kryzysów. Judasz dojrzewał do zdrady będąc we wspólnocie z Jezusem i innymi uczniami. Odchodził on od Jezusa stopniowo, co pokazuje, że istnieje związek między życiem a zdradą. Judasz został wybrany i wezwany po imieniu przez Jezusa jak wszyscy pozostali Apostołowie. Na dar powołania odpowiedział osobistą decyzją pójścia za Jezusem (por. Mk 3, 13-19). Jednak będąc we wspólnocie należał do tych, którzy nie wierzyli w Jezusa (por. J 6, 64). Więcej, był złodziejem i wykradał pieniądze ze wspólnej kasy (por. J 12, 2). W Betanii, pod pozorem troski o biednych, osądził gest Marii, która drogocennym olejkiem namaszcza nogi Jezusa (por. J 12, 3-5). Mimo, że prowadził podwójne życie, nie odszedł. W J 13, 10-11 czytamy, że ten uczeń Pana nie miał czystego serca i nie poddał się oczyszczającej mocy Słowa Jezusa (por. J 15, 3). Podczas Ostatniej Wieczerzy opuścił Jezusa i wspólnotę. Ewangelista Jan zanotował: „Po spożyciu kawałka chleba zaraz wyszedł. A była noc” (J 13, 30). Wchodzi on w doświadczenie nocy, osamotnienia, braku wiary w przebaczenie. Św. Ambroży tak tłumaczył te wydarzenia: „Kiedy Judasz przyjął [kawałek] chleba od Chrystusa, wszedł do Jego serca diabeł (por. J 13, 2.27), jakby domagając się swej własności, jakby broniąc prawa do swej części, jakby mówiąc: „Ten nie jest Twój, lecz mój, na pewno jest to mój sługa, a Twój zdrajca, z pewnością on jest mój. Dlatego z Tobą siedzi [przy stole], a mnie służy, z Tobą ucztuje, a ze mną się żywi, od Ciebie przyjmuje chleb, ode mnie pieniądze, z Tobą pije, a mnie sprzedaje Twoją krew”. I dowiódł, jak prawdziwe było to, co mówił; w końcu Chrystus odstąpił od niego, a także sam Judasz opuścił Jezusa, idąc za diabłem”[57].

Judasz, nazwany przez Jezusa przyjacielem (por. Mt 26, 50), stał się przyjacielem, który zdradza. „Jak wielu panów ma ten, kto uciekł od jednego! Lecz my nie chciejmy [od Niego] uciekać. Kto uciekałby od Tego, za którym idą spętani więzami, lecz więzami dobrowolnymi, które uwalniają, a nie krepują; związani tymi więzami chlubią się, mówiąc: „Paweł, więzień Jezusa Chrystusa” (Flm 1). Z większą chwałą przez Niego jesteśmy związani, niż przez innych uwolnieni i rozwiązani. Któż więc uciekałby od pokoju, któż uciekałby od zbawienia, któż uciekałby od miłosierdzia, któż uciekałby od odkupienia?”[58].

Zachowanie rezerw w sercu może prowadzić do zerwania więzów, zdrady i odejścia od wspólnoty. Człowiek zamyka się w sobie, oddziela od innych murem osądów, oskarżeń, zazdrości, zawiści, niezdrowych ambicji i rywalizacji. Jeżeli kilka osób o takich problemach spotka się razem, to stają się przyczyną rozbicia i podziału we wspólnocie. Odchodząc od Jezusa i od wspólnoty osoba konsekrowana skazuje się na samotność.

3. Droga wyjścia    

Czy zatem istnieją jakąś droga wyjścia? Zarówno Piotr, jak i Judasz zostali poddani dotkliwej próbie. Jednak ich postawa po zdradzie była zupełnie inna. Tylko Piotr wrócił do Jezusa i przyjął dar Jego miłosierdzia i przebaczenia. Drogę wyjścia z samotności możemy rozpatrywać na następujących płaszczyznach: duchowej, wspólnotowej i eklezjalnej. Przede wszystkim ratunkiem dla osoby konsekrowanej i dla każdego człowieka, który wszedł w doświadczenie negatywnej samotności jest Jezus Chrystus. Potrzeba powrócić do duchowej wspólnoty z Panem i Mistrzem, odnawiając tym samym siły, które drzemią w darze powołania i samej konsekracji[59]. „Aby żyć jak bracia i siostry, trzeba obrać drogę prawdziwego wyzwolenia wewnętrznego. Podobnie jak Izrael wyzwolony z Egiptu stał się Ludem Bożym po długiej wędrówce na pustyni pod przewodnictwem Mojżesza, tak i wspólnota włączona w Kościół-Lud Boży tworzy się z osób, które Chrystus wyzwolił i sprawił, że stały się zdolne do miłowania na Jego wzór dzięki przyjęciu daru Jego wyzwalającej miłości i dzięki szczeremu poddaniu się Jego przewodnikom. Miłość Chrystusa rozlana w naszych sercach budzi w nas miłość do braci i sióstr, i każe nam nawet przyjąć ich słabości, ich problemy i ich trudności. Jednym słowem: ofiarować samych siebie”[60].

Jezus dokonuje swego dzieła stopniowo, dając na nowo doświadczenie swojej miłości i uzdalniając do kochania innych. Zakonnik stopniowo uwalnia się od pragnienia bycia w centrum wszystkiego oraz posiadania drugiego człowieka, a także od lęku przed ofiarowaniem się braciom. Na doświadczeniu miłości Chrystusa rodzi się wspólnota jako zespół osób wolnych i wyzwolonych przez krzyż Pana[61].

Powrót do Chrystusa jest odnowieniem relacji z innymi i powrotem do wspólnoty, jak miłość do Boga jest nierozerwalnie związana z miłością do człowieka. Dlatego jako drugi warunek wyjścia z samotności jawi nam się konieczność odnowienia głębszych relacji we wspólnocie[62]. Św. Doroteusz w obrazowy sposób wyjaśniał tę zależność. Czynił to na przykładzie koła, w środku którego znajduje się centrum. Koło symbolizuje świat, a centrum Boga. Linie, które biegną prosto od koła do centrum, to są drogi i sposoby życia ludzi. Gdy przybliżamy się do Boga, równocześnie jesteśmy coraz bliżej siebie nawzajem, proporcjonalnie do przebytej drogi. Na ile przybliżamy się do Boga, na tyle przybliżamy się do siebie i na ile przybliżamy się do siebie, na tyle przybliżamy się do Boga. Ta sama zależność pojawia się gdy idziemy w przeciwnym kierunku: im bardziej oddalamy się od Boga, tym jesteśmy dalej od siebie i im bardziej oddalamy się od siebie, tym bardziej oddalamy się od Boga[63].

Zatem drogą wyjścia z doświadczenia negatywnej samotności jest umiejętność nawiązania kontaktów z innymi, akceptacja siebie samego takim jakim się jest, uznanie swoich słabości i popełnionych błędów. Aby przezwyciężyć kryzys tożsamości, w który zakonnik popadł, nie może liczyć jedynie na siebie samego, ale koniecznie potrzebuje pomocy innych[64].

Spotkania Jezusa z człowiekiem chorym uczą, że przywrócenie chorego do wspólnoty we własnym środowisku społecznym i rodzinnym, stanowi zwykle podstawowy element uzdrowienia, który Jezus stosuje i którym obdarza różnych chorych żyjących w izolacji (por. Mk 2,11; 1,29-31; 1,40-45; 5,18-19; 5,43). To uzdrowienie dokonuje się także we wspólnocie poprzez siostry i braci, którzy potrafią owocnie przeżywać swą samotność. O Antonim zostało powiedziane w następujący sposób: „Długo żłobiąc swą samotną bruzdę, Antoni stał się mistrzem, który będzie mógł kształtować uczniów w imię swego doświadczenia”[65].

Zdrowa wspólnota staje się ratunkiem dla przeżywających różne trudności. Warto sięgnąć do dokumentu „Życie braterskie we wspólnocie”, aby odkryć jak wielkie ma znaczenie i jak wielka odpowiedzialność spoczywa na niej: „Szczególną okazją do pogłębienia ludzkiej i chrześcijańskiej dojrzałości jest życie obok osób, które cierpią; nie czując się dobrze we wspólnocie, stają się zatem przyczyną cierpień braci i zakłóceń życia wspólnotowego. Należy przede wszystkim zapytać, gdzie leży źródło tych cierpień: w słabości charakteru, w obowiązkach odczuwanych jako zbyt uciążliwe, w poważnych brakach formacyjnych, w zbyt gwałtownych przemianach ostatnich lat, w nadmiernie autorytarnych formach rządów, w trudnościach duchowych?”[66].

Każdy winien poczuwać się do odpowiedzialności za współbrata: „Wspólnota zakonna, jako wyraz Kościoła, jest owocem Ducha i uczestnictwem w komunii trynitarnej. Stąd każdy zakonnik musi się czuć współodpowiedzialny za życie braterskie we wspólnocie, aby ukazywało ono w sposób jasny jego przynależność do Chrystusa, który wybiera i powołuje braci i siostry, by żyli razem w Jego imię. Podstawowym warunkiem owocności życia zakonnego jest właściwa jakość braterskiego życia we wspólnocie. Co więcej, charakterystyczną cechą obecnej odnowy Kościoła i życia zakonnego jest poszukiwanie komunii i wspólnoty”[67].

Od jakości życia braterskiego zależy wytrwanie we wspólnocie może jej najsłabszych członków: „Jakość życia braterskiego wpływa decydująco na wytrwanie w powołaniu poszczególnych zakonników. Podobnie jak mierna jakość życia braterskiego była często podawana jako powód licznych odejść, tak też prawdziwie przeżywane braterstwo pomagało i wciąż pomaga wytrwać. We wspólnocie prawdziwie braterskiej każdy czuje się współodpowiedzialny za wierność innych; każdy stara się dzielić życie z innymi w pogodnym klimacie wyrozumiałości i wzajemnej pomocy; każdy dostrzega zmęczenie, cierpienie, osamotnienie, brak motywacji współbrata i wspiera tych, którzy słabną pod ciężarem trudności i prób. W ten sposób wspólnota zakonna, która pomaga wytrwać swoim członkom, staje się znakiem nieustannej wierności Boga, a zatem podporą wiary i wierności chrześcijan, żyjących w świecie, który zdaje się coraz bardziej zapominać drogę wierności”[68].

Na wspólnocie ciąży odpowiedzialność, aby stawić czoło pojawiającym się problemom braku komunikacji, samotności czy indywidualizmowi. Powinna to czynić „w sposób zdecydowany, z taktem i delikatnością bez wymuszania czegokolwiek, ale odważnie i twórczo, poszukując form i sposobów, dzięki którym wszyscy stopniowo nauczą się dzielić, w prostocie i braterstwie, darami Ducha Świętego, by były one rzeczywiście powszechną własnością i służyły zbudowaniu całej wspólnoty (por. 1 Kor 12, 7). Komunia rodzi się właśnie z wzajemnego dzielenia się darami Ducha, z dzielenia się wiarą i w wierze, w której więź braterstwa jest tym silniejsza im bardziej istotne i fundamentalne jest to, co składa się do wspólnego skarbca. Taka komunikacja jest przydatna także dlatego, że uczy sztuki dzielenia się własnymi przeżyciami, co później, w praktyce apostolatu, pozwoli „wyznawać wiarę” w sposób łatwy i prosty, tak aby wszyscy mogli ją zrozumieć i poznać jej smak”[69].

Niech podsumowaniem naszych rozważań będą dwa obrazy z Ewangelii, w których sam Jezus wychodzi na spotkanie ludziom pogrążonym w samotności i uciekającym od wspólnoty, aby ich do niej z powrotem przyprowadzić.

W Łk 24, 13-35 mamy opisaną historię dwóch uczniów z Emaus. Ludzie ci po hańbiącej śmierci Jezusa na krzyżu, rozczarowani takim biegiem wydarzeń, i pogrążeni w smutku, opuszczają wspólnotę wierzących i udają się do Emaus. Na ich drodze staje zmartwychwstały Jezus, którego nie rozpoznają. Lekarstwem, który Pan zastosował jest Słowo i Eucharystia. Ich samotność, zamknięcie w sobie i ucieczka od wspólnoty zostały przełamane. W w. 33-35 czytamy, że jeszcze w tej samej godzinie wrócili do Jerozolimy, aby dać świadectwo, że Chrystus zmartwychwstał[70].

Drugie wydarzenie przedstawił św. Marek (7, 31-37). Do Jezusa przyprowadzono człowieka głuchoniemego. Uczyniła to jakaś grupa ludzi, wspólnota. Ten, kto nie słyszy i nie mówi jest całkowicie pozbawiony możliwości komunikacji oraz relacji z innymi i tym samym zdany na samotność. Jezus wziął go na bok, osobno, z dala od tłumu. Tak samo postąpił wobec niewidomego (por. Mk 8, 22-26). Przywilej przebywania z Jezusem na osobności mięli przede wszystkim uczniowie. Wybierając takie okoliczności Jezus dokonuje cudu uzdrowienia. Wypowiada słowo „Effatha”, „Otwórz się” i otwiera jego uczy, aby mógł słuchać Słowa Pana oraz jego usta, aby mógł je głosić. W ten sposób Chrystus wprowadza głuchoniemego w swój styl życia. Wyprowadza go z negatywnej samotności, a daje doświadczenie samotności pełnej obecności i bliskości Boga, w której można usłyszeć Jego słowo. Jeden człowiek został uzdrowiony, wszyscy zaś, cała wspólnota otrzymała znak rodzący wiarę i rozgłaszali pełni zdumienia: Jezus dobrze uczynił wszystko, nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę[71].

Do wszystkich, którzy zamknięci w sobie, przeżywają samotność, zagubili zdolność komunikacji i budowania trwałych relacji z Bogiem i innymi, Jezus kieruje pełne mocy słowo: „Effatha!”, „Otwórz się!”.

s. Izabela Iwańska

Artykuł opublikowany w: „Życie Konsekrowane” 3 (137) 2019

[1] Kongregacja Instytutów życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń życia Apostolskiego, Instrukcja: Życie braterskie we wspólnocie Congregavit nos in unum Christi Amor (1994 r.), 9.
[2] Bazyli Wielki, Reguły dłuższe 7, w: Bazyli Wielki, Pisma ascetyczne, t. 2, ŹM 6, Tyniec 2011, s. 83-88.
[3] Apoftegmaty 11, w: Święty Antoni. Żywot. Pisma ascetyczne, wprowadzenie, wstęp, red. naukowa E Wipszycka, ŹM 35, Kraków 2005, s. 227.
[4] V. Desprez, Początki monastycyzmu, t. 1, Kraków 1999, s. 387.
[5] Bazyli Wielki, Reguły dłuższe 7, dz. cyt., s. 80.
[6] Tamże, s. 84-88.
[7] Por. I. de la Potterie, Modlitwa Jezusa, Mesjasza – Sługi Bożego – Syna Bożego, Kraków 1996, s. 21.
[8] Por. J. Kudasiewicz, Ewangelie synoptyczne dzisiaj, Ząbki 1999, s. 210.
[9] Por. J. Gnilka, Jezus z Nazaretu, Kraków 1997, s. 201.
[10] Por. J. Kudasiewicz, Ewangelie synoptyczne, dz. cyt., s. 272; I. de la Potterie, Modlitwa Jezusa, dz. cyt., s. 24.
[11] Por. B. Maggioni, Preghiera, w: Nuovo Dizionario di Teologia Biblica, Milano 1988, s. 1216-1231.
[12] Por. J.W. Gogola, Od objawienia do zjednoczenia. Wykład teologii modlitwy, Kraków 2005, s. 66-67.
[13] Por. P. Grelot, Trąd, w: Słownik teologii biblijnej, red. X. Leon-Dufour, Poznań 1994, s. 989.
[14] Por. J.W. Gogola, Od objawienia do zjednoczenia, dz. cyt.,s. 67.
[15] Por. V. Desprez, Początki monastycyzmu, t. 1, dz. cyt., s. 116.
[16] I. de la Potterie, Modlitwa Jezusa, dz. cyt.,  s. 24-25.
[17] Por. J.W. Gogola, Od objawienia do zjednoczenia, dz. cyt.,s. 68.
[18] Zob. J. Kudasiewicz, Zbawienie przyszło przez krzyż. Biblioteka „Współczesnej Ambony”, zeszyt 2, Kielce 1985, s. 7-8.
[19] J.H. Prado Flores, Urzekająca śmierć Jezusa, Kielce 2006, s. 44.
[20] Por. I. de la Potterie, Modlitwa Jezusa, dz. cyt., s. 86-87; M. Lena, Solitude, w: Dictionnaire de Spiritualité (DSp) t. 14, s. 1017.
[21] I. de la Potterie, Modlitwa Jezusa, dz. cyt., s. 93.
[22] Tamże, s. 93.
[23] Por. M. Królikowski, Święty Paweł – pierwszy po Jedynym. Lectio divina o słudze, który stał się synem, Kielce 2017, s. 64.
[24] Por. Tamże, s. 130-132.
[25] Por. S.G. Klimas, Koinônia – wspólnota z Bogiem i braćmi. Realizacja nowotestamentalnej koinônii w monastycyzmie. Studium duchowości na podstawie pierwszych reguł życia monastycznego, Kielce 2017, s. 123.
[26] Ewagriusz z Pontu, O modlitwie 124, w: Ewagriusz z Pontu, Pisma ascetyczne, tłum. K. Bielawski, t. 1, ŻM 18, Kraków 1998, s. 272.
[27] V. Desprez, Początki monastycyzmu, t. 1, dz. cyt., s. 218.
[28] Kongregacja Instytutów życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń życia Apostolskiego, Instrukcja: Życie braterskie we wspólnocie Congregavit nos in unum Christi Amor (1994 r.), 21.
[29] Tamże, 21.
[30] Por. P. Spiller, Formacja do życia wspólnotowego, w: Formacja zakonna – 2, red. J.W. Gogola, Kraków 1998, s. 114-115.
[31] Por. J.W. Gogola, Osoba i wspólnota, Kraków 2002, s. 86-87.
[32] Tamże, s. 87.
[33] Por. Tamże, s. 91.
[34] Tamże, s. 92.
[35] Por. Tamże, s. 92-93.
[36] Kongregacja Instytutów życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń życia Apostolskiego, Instrukcja: Życie braterskie we wspólnocie Congregavit nos in unum Christi Amor (1994 r.), 32.
[37] Tamże, 32.
[38] Por. J.W. Gogola, Osoba i wspólnota, dz. cyt., s. 93-94.
[39] Por. Tamże, s. 96-97.
[40] Kongregacja Instytutów życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń życia Apostolskiego, Instrukcja: Życie braterskie we wspólnocie Congregavit nos in unum Christi Amor (1994 r.), 57.
[41] Kongregacja ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, Instrukcja: Posługa władzy i posłuszeństwo Faciem tuam, Domine, requiram (2008 r.), 28.
[42] Por. Kongregacja Instytutów życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń życia Apostolskiego, Instrukcja: Rozpocząć na nowo od Chrystusa. Odnowione zaangażowanie życia konsekrowanego w trzecim tysiącleciu Ripartire da Cristo (2002 r.), 6; Kongregacja Instytutów życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń życia Apostolskiego, Instrukcja: Życie braterskie we wspólnocie Congregavit nos in unum Christi Amor (1994 r.), 68; Jan Paweł II, Adhortacja Vita consecrata, 44.
[43] Por. M. Zawada, Zaślubiny z samotnością. Znaczenie milczenia, samotności i ukrycia na drodze do Boga, Kraków 1999, s. 135; D. Wider, Rola osób starszych we wspólnocie zakonnej, w: Życie we wspólnocie zakonnej. Formacja zakonna – 7, red. J.W. Gogola, Kraków 2002, s. 213-224.
[44] Por. M. Zawada, Zaślubiny z samotnością, dz. cyt., s. 127.
[45] Dla lepszego zrozumienia sytuacji ludzi chorych i starszych, przeżywających samotność, chcemy jeszcze spojrzeć na sytuację człowieka trędowatego (por. Mk 1, 40-45), który ze względu na swą chorobę został odseparowany od społeczności i wprowadzony w doświadczenie samotności. Św. Marek opisuje spotkanie Jezusa z człowiekiem trędowatym, czyli z człowiekiem posiadającym nie tylko szczególnie odrażającą chorobę, ale również związaną ze wstydem i hańbą. Chorzy na trąd znajdowali się na najniższym stopniu pośród tych, co byli pozbawieni ‘wszelkiej godności’ w Izraelu. Strach przed zarażeniem sprawiał, że trędowaci napawali lękiem i uznawani za niebezpiecznych społecznie, byli prawdziwym zagrożeniem dla wspólnego życia z innymi zdrowymi. Trędowaci stawali się w ten sposób „obcymi” – nie uznawanymi za „swoich” przez własne środowisko: byli zmuszeni żyć poza miejscami zamieszkałymi, w miejscach izolowanych, odosobnionych. Według Prawa Mojżeszowego trędowaty był nieczysty, czyli ogarnięty siłą przeciwną świętości Boga i dlatego po stwierdzeniu choroby musiał oddalić się od obozu (por. Kpł 13-14): stawał się kimś wykluczonym ze społeczności. Ta sytuacja kogoś, kto jest „z zewnątrz” w stosunku do tych, co są „wewnątrz”, jest porównywalna do swego rodzaju śmierci: odizolowany od innych, od rodziny, wykluczony z życia społecznego i religijnego – trędowaty był pozbawiony podstawowych relacji, które są niezbędne dla życia człowieka. Trędowaty prowadził życie odseparowany od wspólnoty i rodziny, zwykle w miejscach pustynnych, w grotach lub szałasach, opiekowali się nim krewni lub litościwi ludzie, którzy przynosili do tych „lazaretów” pomoc – przede wszystkim pożywienie i ubranie (pozostając jednak fizycznie zawsze daleko od zarażonych).
Sytuację trędowatego pogarszał fakt, że jego choroba jawiła się jako kara od Boga: trąd był widzialnym znakiem popełnionych grzechów (przykład: Miriam i Aarona – por. Lb 12,9-10; 2Sm 3,29). Trędowaty był jak martwy płód. Uznawano go za „przeklętego przez Boga”, potępionego za swe grzechy (por. Pwt 28,25-27).
W ten sposób trędowaty stawał się „wstydem uosobionym”: musiał przyjąć na siebie wstyd, który choroba i „zdrowi” narzucili na niego i wykrzyczeć go – „Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: Nieczysty, nieczysty! Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem” (Kpł 13,45-46).
Życie jest relacją, a dla trędowatego relacje z innymi były zakazane. Człowiek trędowaty nie miał już imienia i twarzy, ponieważ ją zasłaniał: został ich pozbawiony, gdyż musiał przedstawiać się wołając „nieczysty”. Imię, które on sam wypowiadał „Nieczysty”, nie było wezwaniem i zaproszeniem do nawiązania relacji, ale ostrzeżeniem dla tego, kto się do niego zbliżał. Trędowaty był cierpiący we wszystkich sferach związanych z relacjami: sfera fizyczna – ciało chore, którego nie można było pokazać i dotykać; sfera społeczna – inni go omijają, pozbawiony życia rodzinnego, pracy, relacji; sfera uczuciowa – każdy kontakt z nim był zabroniony, ponieważ był nosicielem nieczystości; sfera psychologiczna i moralna – trędowaty był obciążony poczuciem winy; sfera religijna – trędowaty był dotknięty przez Boga (Por. Morna D. Hooker, Black’s New Testament Commentary: The Gospel According to Saint Mark. Peabody, MA: Hendrickson Publishers, 1991, s. 78; G. Kittel, G. Bromiley, G. Friedrich, Theological Dictionary of the New Testament, electronic ed. Grand Rapids, MI: Eerdmans, 1964-c1976, s. 4:233-234).
[46] Por. M. Zawada, Zaślubiny z samotnością, dz. cyt., s. 207.
[47] Por. Tamże, s. 140-141.
[48] Kongregacja Instytutów życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń życia Apostolskiego, Instrukcja: Życie braterskie we wspólnocie Congregavit nos in unum Christi Amor (1994 r.), 44.
[49] Lumen gentium, 31.
[50] M. Zawada, Zaślubiny z samotnością, dz. cyt., s. 139.
[51] Kongregacja Instytutów życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń życia Apostolskiego, Instrukcja: Życie braterskie we wspólnocie Congregavit nos in unum Christi Amor (1994 r.), 39.
[52] Por. J.W. Gogola, Osoba i wspólnota, dz. cyt., s. 38.
[53] Kongregacja Instytutów życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń życia Apostolskiego, Instrukcja: Życie braterskie we wspólnocie Congregavit nos in unum Christi Amor (1994 r.), 25.
[54] E. Bianchi, Walka o życie. Poznać i zwalczyć grzechy główne, Kraków 2012, s. 167.
[55] Por. J.W. Gogola, Oddani Bogu. Teologia i duchowość życia konsekrowanego, Kraków 2013, s. 322.
[56] Tamże, s. 323.
[57] Ambroży z Mediolanu, Listy, t. 3, BOK, Kraków 2012, s. 241.
[58] Tamże, s. 241-242.
[59] Por. M. Zawada, Zaślubiny z samotnością, dz. cyt., s. 213.
[60] Kongregacja Instytutów życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń życia Apostolskiego, Instrukcja: Życie braterskie we wspólnocie Congregavit nos in unum Christi Amor (1994 r.), 21.
[61] Por. Tamże, 22.
[62] Por. M. Zawada, Zaślubiny z samotnością, dz. cyt., s. 215.
[63] Por. Dorothée de Gaza, Oevres spirituelles, Discurs VI,78, w: I. Hausherr, Solitude et vie contemplative d’après l’hésychasme, w: Spiritualité orientale 3, Bellefontaine 1980, s. 28-29.
[64] Por. P. Spiller, Formacja do życia wspólnotowego, dz. cyt., s. 116.
[65] V. Desprez, Początki monastycyzmu, t. 1, dz. cyt., s. 251.
[66] Kongregacja Instytutów życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń życia Apostolskiego, Instrukcja: Życie braterskie we wspólnocie Congregavit nos in unum Christi Amor (1994 r.), 38.
[67] Tamże, 71.
[68] Tamże, 57.
[69] Tamże, 32.
[70] Zob. I. Howard Marshall, The Gospel of Luke: A Commentary on the Greek Text. Exeter [Eng.: Paternoster Press, 1978 (The New International Greek Testament Commentary), s. 892.
[71] Por. Morna D. Hooker, Black’s New Testament Commentary: The Gospel According to Saint Mark. Peabody, MA: Hendrickson Publishers, 1991, s. 184; Ben Witherington III, The Gospel of Mark A Socio-Rhetorical Commentary. Grand Rapids, MI: Wm. B. Eerdmans Publishing Co., 2001, s. 234.