Nasze życie codzienne określamy jako „normalne” lub „zwyczajne”, czyli oparte o pewne utarte „normy” lub „zwyczaje”, które powszechnie uznajemy za moje, wspólne, społeczne. Zdarza się jednak również i tak, że owa „normalna codzienność” zostaje poruszona przez sytuacje niecodzienne i wprowadza nas w „stan nadzwyczajnej konieczności”. Nieoczekiwanie nasze „życie doznało zawirowania” i tracimy równowagę. Coraz bardziej stajemy się świadomi tego, że koronawirus naznacza swą obecnością nasze życie codzienne i wymaga od nas zmiany przyzwyczajeń, przewartościowania dotychczasowego postępowania i podjęcia nowego stylu życia. Oto nagle okazało się, że nie wiemy co zrobić z czasem, który należy przeżywać „inaczej”: niby upływa tak samo, a wydaje się, że płynie wolniej, ponieważ wielu dotychczasowych rzeczy nie możemy zrobić. Czy można go nazwać „czasem wolnym”? Trzeba się zorganizować na nowo. Okazało się również, że dla wielu z nas miejsce, w którym żyjemy (nasz dom, mieszkanie), staje się naszą jedyną przestrzenią życiową: zamykamy się w niej z powodu kwarantanny czy obawy zarażenia. Dotychczas byliśmy zagonieni w pracy, powracający do domu jedynie na noc, nagle uświadamiamy sobie, że musimy odzyskać właściwą relację do ludzi, z którymi żyjemy w rodzinie 24h/24h. Trzeba się zorganizować na nowo.

Rozumiemy, że podjęte ograniczenia, środki sanitarne i społeczne są konieczne i mają pomóc nam wszystkim, aby wirusa opanować i pokonać: dlatego staje się dla nas czymś koniecznym, aby „postępować inaczej” niż dotychczas. Przynagla nas do tego troska o zdrowie osobiste i społeczne. Z pewnością potrzebna będzie nam systematyczna pomoc i prawdziwa informacja odpowiednich władz państwowych i kościelnych: jak mamy się zachowywać na co dzień i co z naszym uczestnictwem w życiu Kościoła? Jak pokazuje dotychczasowa sytuacja, podjęte zarządzenia i działania instytucji Państwa i Kościoła, mają za cel powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa, poprzez ograniczenie spotkań i kontaktów międzyludzkich. Trzeba to zrozumieć i odpowiedzialnie podjąć, nie szukając sposobów ominięcia zaleceń, które służą dobru nas wszystkich. Wprowadzone zalecenia, które nie jest łatwo przyjąć, ponieważ uderzają w naszą wolność (ograniczają możliwość decydowania samemu), wymagają od nas wypracowania nowych zachowań: potrzebne są nowe gesty przy powitaniu, bez podawania ręki, aby nie zbliżać się zbytnio do siebie (może przez podniesienie ręki, jak to czynią pozdrawiający się kierowcy); odpowiedzialne wyrażanie przyjaźni i miłości, bez obejmowania i pocałunku; znak pokoju w czasie Eucharystii przez ukłon głowy; Komunia św. na rękę… itd. Słuchając dyskusji „ekspertów”, którzy zapewniają, że oto na naszych oczach dokonuje się koniec świata, jaki znamy, zadajemy sobie pytanie: jaki będzie ostatecznie ten nowy świat i sposób życia, którego nie znamy?

Informacje podawane przez media analizują niebezpieczeństwo pojawienia się kryzysu na giełdzie, w gospodarce, kryzysu struktur państwowych (społecznych), kryzysu zaufania, itd. Wydaje się jednak, że najgorsze, co nas może spotkać, to kryzys człowieczeństwa: wiemy, że choroba i cierpienie nie czynią człowieka automatycznie lepszym, dlatego należy dokonać również rozeznania objawów stanu swego ducha i dokonywać wyboru miłości i dobroci względem innych, przeżywając razem nadzieję na lepsze jutro. Na horyzoncie naszego życia osobistego i wspólnotowego (społecznego i kościelnego) pojawiły się pewne wyzwania, które stoją przed każdym z nas, a które my – jako ludzie wierzący – musimy podjąć, kierując się zarówno światłem wiary jak i światłem rozumu. Aby nasze „zawirowane życie” na nowo stało się „normalne”, potrzeba, abyśmy już teraz w tej trudnej sytuacji, w miarę możliwości wypracowali pewne „normy codziennego funkcjonowania”: aktywność fizyczna; modlitwa połączona z lekturą Słowa Bożego; programy katolickie/religijne, ale w harmonii z innymi zajęciami; dobry film; lektura książki; praca; wspólne dyskusje i rozmowy; wyselekcjonowane informacje medyczne… Nie popadajmy w skrajność ciągłego i bezkrytycznego śledzenia wszystkiego, co „różni ludzie” publikują w mediach o koronawirusie. Starajmy się nie tylko o higienę ciała, ale również higienę naszej psychiki i ducha: aby nie ulec panice, wszystko należy przyjmować w odpowiednich proporcjach i na właściwym miejscu – pamiętajmy, że lęk jest obecny nie tylko w kulturze, ale również w religii.

Jak więc zracjonalizować lęk i obawy w obliczu nieprzyjaciela, który nie ma oblicza, jest niewidzialny, niełatwy do zlokalizowania i zidentyfikowania: nazywamy go Covid-19? Co mamy myśleć i jak mówić o tej sytuacji? Jak się zachowywać, aby nie ulec panice? I co takiego ważnego wnoszą tu chrześcijanie i ich wiara? Naszą odpowiedzią jest nadzieja życia. Mamy kierować się fides et ratio, wiarą i rozumem: należy uznać zaistniałą rzeczywistość, która w innych krajach jest szczególnie trudna i dramatyczna i jednocześnie pamiętać, że „Bóg, który tak umiłował świat, że Syna swego dał, aby świat został przez niego zbawiony” (J 3, 16), nadal miłuje ludzkość i ten nasz świat, o którym Jezus mówi: „Nie przyszedłem po to, aby świat potępić, ale by świat zbawić… To, co mówię, mówię tak, jak mi Ojciec powiedział” (por. J 12, 47.50). Wierzymy, że Chrystus umarł i zmartwychwstał, że „Jezus Chrystus jest wczoraj i dziś, ten sam także na wieki” (Hbr 13, 8) i że On jest Panem historii, w której pomimo różnych kolei losu, dokonuje się wciąż nasze zbawienie i przybliża godzina Jego chwalebnego powrotu.

Obecna pandemia przypomina nam boleśnie podstawową prawdę o człowieku: jesteśmy kruchymi stworzeniami, które przemijają, jesteśmy śmiertelni! Czasem wydaje się nam – ludziom, że Bóg (Pan) jest nieobecny, że to, co się dzieje na świecie i nas spotyka, „wymknęło się Bogu z rąk”: jedni zarzucają Bogu bezczynność lub okrucieństwo; inni twierdzą, że On nie istnieje; a jeszcze inni, przepełnieni lękiem, usiłują Boga przebłagać, ponieważ się zagniewał i karze ludzkość. Tymczasem, Jezus Chrystus przez Ewangelię rzucił światło prawdy na nasze życie i nieśmiertelność (por. 2 Tm 1, 10) i objawił, że „Bóg jest miłością” (1 J 4, 8.16), że „Bóg jest Dobry dla wszystkich i zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych, sprawia, że słońce świeci dla dobrych i złych” (por. Mt 5, 45). Zaistniała sytuacja zmusza nas, chrześcijan do odpowiedzi na pytanie: „jaki obraz Boga noszę w swym umyśle i sercu?” oraz „czy Bóg, w którego wierzę, to jest Bóg i Ojciec naszego Pana Jezusa Chrystusa, którego On objawił?” (por. Ef 1, 3; J 1, 18). Ktoś powiedział, „pokaż mi, jakim jesteś człowiekiem, a ja ci powiem, kto jest twoim Bogiem”. Czas epidemii, wzbudza w nas również pytanie o człowieczeństwo wiary: kim jestem? kim są dla mnie inni ludzie? jaki sens ma to, co przeżywamy razem?

To wielkie szczęście, że mamy do dyspozycji media, które w swoich programach powszechnie otworzyły się na religijne potrzeby obywateli. Trzeba jednak pamiętać, że są to środki zastępcze na czas zaistniałych trudności uniemożliwiających nasze uczestnictwo w zgromadzeniach liturgicznych: kiedyś wszystko wróci do normy. Wirtualizacja praktyk religijnych i liturgii może się stać niebezpiecznym substytutem rzeczywistości: język mówienia o sprawach wiary i religii nie może zamazywać różnicy między tym, co dzisiaj należałoby nazywać „rzeczywista rzeczywistość”, a tym, co określamy jako „wirtualna rzeczywistość”, która pomimo wszelkich zalet i wartości, jest jednak „iluzją rzeczywistości”. Jeśli to przeoczymy, może się okazać, że wielu chrześcijan nie będzie odczuwało potrzeby powrotu do „normalnych praktyk wiary” we wspólnocie Kościoła (Ciała Chrystusa), której pierwszym znakiem jest zgromadzenie wiernych celebrujących liturgię Eucharystii.

Należy więc nazywać rzeczy po imieniu, trzeba powiedzieć wprost, że jesteśmy w sytuacji nadzwyczajnej: trzeba to powtarzać sobie wzajemnie i Bogu na modlitwie, „że nie możemy przyjmować Komunii świętej i jest nam smutno i odczuwamy żal z tego powodu, że „komunia duchowa” nie zastępuje rzeczywistej, Jezu; że cierpimy z tego powodu, Boże, iż nie możemy pójść na zgromadzenie wiernych, aby celebrować Eucharystię, aby tak oddać Ci należne uwielbienie i chwałę oraz doświadczyć Twojego miłosierdzia i uświęcenia…”. Po prostu, teraz nie możemy uczynić tego, co jest normą w życiu chrześcijańskim: niestety to przyszło na nas, jest różnica i trzeba to szczerze przyznać przed sobą i Bogiem, który jest Panem historii. Oczywiście, że ważne są środki zastępcze, które Kościół słusznie nam zaleca, ale są one jedynie zastępcze! Bóg stał się człowiekiem, aby wejść w naszą rzeczywistość i historię i jakakolwiek by ona nie była dzisiaj (nawet ta zawirusowana), to właśnie ta nasza „rzeczywistość należy do Chrystusa” (Kol 2, 17).

Obfitość propozycji, wymaga od nas zachowania zdrowego umiaru również w oglądaniu programów religijnych: są one pomocą, ale ważna jest też jakość treści, a każdy przesyt jest niezdrowy i ostatecznie znieczulający. Pamiętajmy również, że stacje rywalizują o widza, który nie ma możliwości pójścia do Kościoła, nie sądźmy, że „media się nawróciły”. Każdy chrześcijanin powinien więc pamiętać o tym, że liturgia Eucharystii musi być rzeczywistym działaniem wspólnoty i nie da się tu zastosować środków zastępczych (surogatów), które zaprzeczają sakramentalnej rzeczywistości Ciała i Krwi Chrystusa w chlebie i winie konsekrowanym oraz ludzkiej rzeczywistości Ciała Chrystusa, którym jest wspólnota Kościoła. Kiedyś przecież wrócimy do normalności.

W Księdze Daniela, znajduje się modlitwa Azariasza w piecu ognistym, która wydaje się być bardzo adekwatna do naszej obecnej sytuacji, którą przeżywamy jako ludzie i chrześcijanie:

„Powstawszy zaś Azariasz tak się modlił, a otwarłszy swe usta, mówił w środku ognia: Błogosławiony jesteś, Panie, Boże naszych przodków, i pełen chwały; imię Twoje jest błogosławione na wieki.  Albowiem jesteś sprawiedliwy we wszystkim, coś nam uczynił, a wszystkie czyny Twoje pełne prawdy, drogi zaś Twoje proste i wszystkie wyroki pełne słuszności.  Bo wydałeś prawdziwe wyroki we wszystkim, co sprowadziłeś na nas i na Jerozolimę, święte miasto naszych przodków. Bo według sprawiedliwego wyroku sprowadziłeś to wszystko na nas z powodu naszych grzechów.  Tak, zgrzeszyliśmy i popełniliśmy nieprawości, opuszczając Ciebie. Okazaliśmy się przewrotni we wszystkim, a przykazań Twoich nie słuchaliśmy.  Nie zachowaliśmy ani nie wypełnialiśmy tego, co nam nakazałeś, by się nam dobrze powodziło.  Wszystko, co na nas sprowadziłeś, i wszystko, co nam uczyniłeś, uczyniłeś według sprawiedliwego sądu.  Wydałeś nas w ręce naszych niegodziwych nieprzyjaciół, najgorszych spośród odstępców, i niesprawiedliwemu królowi, najbardziej przewrotnemu na ziemi.  Teraz zaś nie mamy odwagi otworzyć swych ust. Wstyd i hańba okryła Twoje sługi i tych, co cześć Ci oddają.  Nie opuszczaj nas na zawsze – przez wzgląd na święte Twe imię nie zrywaj Twego przymierza.  Nie odwracaj od nas swego miłosierdzia, przez wzgląd na Twego przyjaciela, Abrahama, sługę Twego, Izaaka, i Twego świętego – Izraela.  Im to przyrzekłeś rozmnożyć potomstwo jak gwiazdy na niebie i jak piasek nad brzegiem morza.  Panie, oto jesteśmy najmniejsi spośród wszystkich narodów. Oto jesteśmy dziś poniżeni na całej ziemi z powodu naszych grzechów. Nie ma obecnie władcy, proroka ani wodza, ani całopalenia, ani ofiar, ani darów pokarmowych, ani kadzielnych. Nie ma gdzie ofiarować Tobie pierwocin i doznać Twego miłosierdzia.  Niech jednak dusza strapiona i duch uniżony znajdą u Ciebie upodobanie. Jak całopalenia z baranów i cielców, i z tysięcy tłustych owiec,  tak niech będzie dziś nasza ofiara przed Tobą i niech Ci się podoba! Ponieważ ci, co pokładają ufność w Tobie, nie mogą doznać wstydu.  Teraz zaś postępujemy za Tobą z całego serca, odczuwamy lęk przed Tobą i szukamy Twego oblicza.  Nie zawstydzaj nas, lecz postępuj z nami według swej łagodności i według wielkiego swego miłosierdzia.  Wybaw nas przez swe cuda i uczyń swe imię sławne, Panie!” (Dn 3, 25-43). 

Jest to modlitwa błagalna zanoszona do Pana żarliwie i szczerze. Jest to głos Izraela przeżywającego trudne doświadczenie wygnania i tułaczki pośród narodów: w ziemi babilońskiej, po zniszczeniu Jerozolimy, gdy Świątynia na Syjonie została zniszczona, i wydaje się, że Pan nie mieszka już pośród swego ludu. Jest to modlitwa pokutna, która nie wyraża zniechęcenia czy lęku, lecz nadzieję. To modlitwa wypowiedziana w całkowitej prawdzie i przyjęciu rzeczywistości jaka nastała: «Nie ma już władcy, proroka ani wodza, ani całopalenia, ani ofiar, ani daru pokarmów, ani kadzenia. Nie ma gdzie złożyć Tobie daru z pierwszych płodów i doświadczyć miłosierdzia Twego» (w. 38).

W obliczu tragicznej teraźniejszości nadzieja szuka zakorzenienia w przeszłości, a więc w obietnicach złożonych ojcom. Przywołane zostają postaci Abrahama, Izaaka i Jakuba (por. w. 35), którym Bóg przyrzekł błogosławieństwo oraz płodność, ziemię i wielkość, życie i pokój. Bóg jest wierny i nie odwoła swych obietnic. Z pewnością nastał teraz czas upokorzenia: «oto jesteśmy najmniejsi spośród wszystkich narodów. Oto dziś jesteśmy poniżeni na całej ziemi z powodu naszych grzechów» (Dn 3, 37). A jednak nie jest to oczekiwanie śmierci, ale nowego życia po oczyszczeniu. Modlący się człowiek (Izraelita) podchodzi do Pana, składając Mu najcenniejszą i najbardziej oczekiwaną ofiarę: «ducha uniżonego» (w. 39; por. Ps 51 [50], 19). Serce (życie) zostało odnowione dzięki próbie i zostaje ofiarowane Bogu, aby je przyjął jako znak nawrócenia oraz wyboru dobra. Ta wewnętrzna postawa oddala strach, zamęt i wstyd (por. Dn 3, 40), a duch napełnia się ufnością w lepszą przyszłość, kiedy spełnią się obietnice złożone ojcom. Nadeszła chwila, by opuścić przewrotne drogi zła, kręte ścieżki i manowce (por. Prz 2, 15). Chcemy naśladować Pana, kierowani pragnieniem, by stanąć przed Jego obliczem. A Jego oblicze nie jest gniewne, lecz pełne miłości, jak objawiło się w Miłosiernym Ojcu przyjmującym syna marnotrawnego (por. Łk 15, 11-32)[1].

Św. Maksym Wyznawca, nawiązuje właśnie do tekstu proroka Daniela i aktualizuje tę modlitwę w znaczeniu chrześcijańskim:

«Ze względu na Twe imię, Panie, nie opuszczaj nas na zawsze, nie zrywaj Twego przymierza i nie odwracaj od nas swego miłosierdzia (por. Dn 3, 34- -35) ze względu na Twe zmiłowanie, o nasz Ojcze, który jesteś w niebie, na współczucie Twego Jednorodzonego Syna i na miłosierdzie Twego Świętego Ducha. (…) Nie zapominaj o naszym błaganiu, Panie, i nie opuszczaj nas na zawsze. Nie pokładamy nadziei w naszych dziełach sprawiedliwości, lecz w Twoim zmiłowaniu, przez które zachowujesz nasz ród. (…) Nie gardź naszą niegodnością, lecz zmiłuj się nad nami według wielkiego miłosierdzia Twego, i według pełni miłosierdzia Twego zgładź nasze grzechy, abyśmy bez potępienia zbliżali się do Twego oblicza pełnego chwały i byli uznani za godnych opieki Twego Jednorodzonego Syna. Tak, Panie, Władco wszechmocny, wysłuchaj naszego błagania, ponieważ nie uznajemy nikogo oprócz Ciebie»[2].

Z pewnością ten wspólnie przeżywany czas ograniczeń celebracji Eucharystii uświadamia nam również, że Kościół nie jest stacją usług religijnych (czynną „od – do”), ale Ciałem Chrystusa, wspólnotą wiary ludzi, którzy niosą wzajemnie trudy życia, idąc do zbawienia wiecznego w Królestwie Bożym. Nasza Wspólnota, Koinonia św. Pawła, będzie oczywiście postępować stosownie do sytuacji i zarządzeń władz państwowych i kościelnych, i jeśli nadejdzie taka konieczność, że w naszych rodzinach, będziemy zmuszeni pozostać w domach, to pamiętajmy, że modlitwa w Koinonii jako „wspólnocie domowej” (wewnętrznej), będzie przez nas kontynuowana, nawet za zamkniętymi drzwiami: bo to jest naszym powołaniem, bo również my jesteśmy „rodziną”, chociaż rodziną zakonną i takie jest właśnie nasze „monastyczne życie rodzinne” – modlitwa, liturgia, ewangelizacja. Pamiętajmy również, że celebracja Eucharystii nie ustanie, ponieważ nasi Księża w parafiach będą ją sprawować nadal, tylko indywidualnie.

Oczywiście, że wiemy i wierzymy w to, że „Chrystus przyjęty w komunii świętej, nie zaraża”, ale rozumiemy też, że to „my zarażamy siebie wzajemnie”. Niestety, kościół jako budynek nie jest strefą bezpieczeństwa, automatycznie wolną od zarazków, wirusów, a wspólnota wierzących jest wspólnotą ludzi, których również dotykają choroby i wszelkie inne dramaty, które spadają na ludzi, włącznie ze  śmiercią. Jako chrześcijanie jesteśmy solidarni z losem innych ludzi (świata, stworzenia), zbawiamy się razem, we wspólnocie Kościoła i ludzkości. „Bóg, który pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2, 3-4), nie działa magicznie na nasze zawołanie, aby nas – i tylko nas – uchronić od zła, jakiego doświadczają inni ludzie żyjący obok nas: byłoby to nieludzkie pragnienie zbawienia się bez innych, a nawet kosztem innych. Wszelkie dobro, jakie otrzymujemy od Boga, jest dla dobra wszystkich ludzi (por. Mt 5, 13-16). Nie wszystko, co się dzieje i co nas spotyka w życiu, jest Jego wolą, ale też nic się nie dzieje bez Jego woli (gdyby tego nie dopuścił): Bóg nie jest przyczyną zła, ale ze zła potrafi wyprowadzić dobro. Droga do zbawienia prowadzi przez krzyż, a do zmartwychwstania idzie się przez śmierć. Nie rozumiemy teraz tego, co spotyka nas i świat – jakie jest prawdziwe źródło epidemii (pochodzenia wirusa), jaka jest jego natura, nie mamy antidotum (lekarstwa) – to będziemy wiedzieć kiedyś (jutro), ale już dzisiaj mamy coś ważnego i wielkiego: mamy wiarę, że Bóg nad tym panuje i jak zawsze, ostatnie słowo będzie należało do Niego.

Jakie dobro z tego wypłynie i czy wypłynie? Jaka będzie skala cierpienia i zła? Nie wiemy tego. Wiemy, że kresem zła, granicą dla zła, jaką postawił Bóg, jest krzyż Chrystusa: znak cierpienia i śmierci Syna Bożego z miłości do ludzi; znak miłości do końca, „miłości, która zwyciężyła wszelkie zło, miłując” (por. J 13, 1). Wiemy, że miłość Boża i nasza miłość wzajemna może nadać sens najtrudniejszym doświadczeniom w życiu człowieka i świata. Trzeba nam więc uruchomić wyobraźnię miłości, szukać twórczo sposobów okazywania miłości i czynienia dobra drugiemu człowiekowi: temu, który żyje najbliżej. Wiele zależy również od nas i naszych najprostszych gestów codziennej pomocy. Jako chrześcijanie, jesteśmy braćmi i siostrami Chrystusa i w Chrystusie wobec siebie wzajemnie: bądźmy również solidarni wobec wszystkich jako bracia i siostry w człowieczeństwie. Ostateczne zwycięstwo należy do Boga, zachowajmy więc naszą ufność w Nim: zachowajmy nienaruszoną nadzieję, jaką pokładamy w Chrystusie, nie tylko w tym życiu, ale i w przyszłym (por. 1 Kor 15, 19) – jako świadectwo dla dobra innych (wszystkich).

Trzeba przemyśleć życie i żyć w nowym stylu, dając świadectwo nadziei, która w nas jest: nadziei na życie wieczne, które nas czeka w Bogu, „gdy nie będzie już cierpienia, choroby i śmierci, a Bóg otrze każdą łzę z każdego oblicza…” (por. Ap 21, 4). Słowo Boże jest Ewangelią, przesłaniem nadziei dla wszystkich ofiar tej zarazy oraz wezwaniem do współczucia i wyrażenia troski i bliskości z chorymi i słabymi. Nie traćmy ducha wiary. Wciąż aktualizowane wskaźniki śmiertelności napawają lękiem, ale Bóg ma wskaźnik nieśmiertelności dotyczący wszystkich ludzi, jest nim Jezus Chrystus: „On stał się człowiekiem, aby dzielić nasz los i aby przez swoją śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli… W czym bowiem sam cierpiał będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom” (por. Hbr 2, 14-18). Chrystus Zmartwychwstał!

Ks. Marian Królikowski

[1] Por. Jan Paweł II, Audiencja generalna. 14 maja 2003.
[2] Maksym Wyznawca, Umanità di Cristo, Rzym 1979, s. 51-52.

 

Zachęcamy do wspólnej z nami modlitwy Liturgii Godzin (Jutrznia i Nieszpory) za pośrednictwem naszej strony internetowej (zakładka „Aby modlić się razem z nami”).